niedziela, 8 maja 2016

"Doodle Fusion. Planeta bazgrołów" Zifflin, Lei Melendres


org. Doodle Fusion: Zifflin's Coloring Book
wyd. Nasza Księgarnia

Media społecznościowe pękają w szwach od zdjęć obrazków z kolorowanek dla dorosłych. Większość z nich wygląda jak małe arcydzieła i nie można od nich oderwać wzroku. Jednak zanim dojdzie do tego pięknego efektu końcowego trzeba wybrać odpowiedni obrazek, kredki, rozplanować kolory i można zabrać się za wypełnianie obrazków.

Osoby, które od pewnego czasu są już wciągnięte w kolorowanie, zapewne pamiętają blok do kolorowania o tytule Doodle Invasion. Inwazja bazgrołów, w którym były ilustracje narysowane przez Kerby'ego Rosanesa. Teraz potworki wróciły w drugiej części Doodle Fusion. Planeta bazgrołów, i mimo że obrazki narysowane są już przez innego autora, Lei Melendres, to nie brak im charakteru.

Doodle Fusion jest to moja pierwsza kolorowanka ze stworkami. Kilka miesięcy wcześniej nabyłam Japońskie inspiracje, które początkowo mnie cieszyły i podobały się, ale z biegiem czasu zaczęłam się nudzić, bo kolorowanie kwiatów, fal, parasolek sprawiło, że nie czułam żadnego wyzwania i przez to co chwilę zaczynałam kolorować nowy obrazek bez skończenia poprzedniego. Dlatego od dawna szukałam czegoś co będzie miało postaci, jakieś zwierzątka czy coś w tym stylu, abym mogła bardziej przyłożyć się do cieniowania, abym przy sięganiu po książkę do kolorowania nie myślała: "O nie, znowu koloruje kwiatek, tylko że ten ma trzy płatki zamiast pięciu".

Gdy zaczęłam przeglądać te wszystkie ilustracje z Planety bazgrołów, to ja wiedziałam, że się w niej zakocham. Wcześniej nie miałam Inwazji bazgrołów, więc jedynie wiedziałam czego mam się spodziewać, ale nie sądziłam, że te stworki wyglądają tak super. Z tego co zauważyłam na pierwszy rzut oka było to, że tych stworzonek na jednej ilustracji jest znacznie więcej, są one dużo bardziej szczegółowe, więc jest więcej dłubania i świetnej zabawy. Tak jak zwykle poświęcałam na kolorowanie jakieś 10-15 minut, tak przy tym bloku potrafię siedzieć nawet godzinę i bawić się kolorami i uczyć się cieniowania.

Oczywiście to co najbardziej mi się w Doodle Fusion są obrazki, ale wykonanie tego bloku też bardzo mi się podoba, ponieważ na jednej karcie mamy tylko jedną stronę zapełnioną ilustracją. To jest bardzo przydatne dla osób, które nie wyrywają kart z książki, bo nie trzeba się martwić tym że kolor z jednego obrazka przejdzie na drugi, gdy będzie się kolorować to co jest z tyłu. Kartki w tej książce są również grube, więc bez przeszkód można używać mazaków i cienkopisów. Fajne jest też to, że na końcu jest umieszczona gruba tektura, dzięki której łatwiej się koloruje w miejscach, gdzie nie ma stołu albo gdy ktoś zwyczajnie lubi kolorować na kolanach. Jak na razie też nie zauważyłam, aby ta książka mi się zaczęła rozwalać, jednak nie wiem jak to będzie za jakiś czas, gdy pokoloruje znacznie więcej obrazków.

Doodle Fusion sprawiło to, że teraz nie potrafię się oderwać od kolorowania i gdy jakiegoś dnia nie mogę tego robić, to czuję że dzień był nieco stracony. Przez ten blok do kolorowania czuję się znowu jak dziecko i cieszę się gdy uda mi się ukończyć rysunek, od którego później nie mogę oderwać wzroku. Na fali tej książki też nabyłam kilka innych kolorowanek w podobnym stylu i już nie mogę się doczekać aż się za nie zabiorę.



Za egzemplarz do recenzji dziękuję wydawnictwu Nasza Księgarnia*


 *Otrzymanie egzemplarza recenzenckiego nie miało żadnego wpływu na moją opinię.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Za wszystkie komentarze bardzo dziękuję.

Komentarze typu: "obs za obs", "kom za kom", "fajny blog. zapraszam do mnie" czy "wpadnij do mnie na konkurs" będą uznawane za spam, a co za tym idzie będą kasowane!