poniedziałek, 16 marca 2015

Hon to eiga: Pięćdziesiąt twarzy Greya

Moja seria Hon to eiga, czyli na polski książka i film, lekko wymarła. Często oglądam filmy na podstawie książek, ale trochę mi głupio pisać o filmach, gdy nie czytałam książek. Teraz nadarzyła się okazja, że czytałam film i książkę. A że ostatnio jest dość głośno na temat tej ekranizacji, postanowiłam dorzucić swoje pięćdziesiąt groszy!


Już na samym początku chcę zaznaczyć, że nie byłam w kinie na tym filmie. Koleżanki mnie namawiały, żebym poszła z nimi, ale wiedziałam, że wydałabym niepotrzebnie pieniądze na coś, co mi się po prostu by nie spodobało. Skąd ta pewność? Czytałam książkę i to była istna mordęga. Język tragiczny, brak fabuły i akcji.

Nie będę Wam przytaczać fabuły, bo myślę, że każdy wie o czym jest film i książka. O tej serii było na świecie tak głośno, że nie sposób było uniknąć informacji na jej temat, a pewnie nawet w najgłębszych zakątkach buszu o tym słyszeli. Ba nawet kosmici słyszeli o miłości Anastasi i Christiana.

Jak wyżej wspomniałam to książka mi się nie podobała. Męczyłam ją długie, bardzo długie miesiące, chociaż moje koleżanki potrafiły przeczytać wszystkie trzy części wciągu trzech dni. Jak? Ja się pytam jak? Oczywiście rozumiem, że są osoby, które uwielbiają erotyki, a nad tą książką nie trzeba się aż tak pochylać. Chociaż słyszałam różne interpretacje jak np. że jest to o przemocy i trzeba to bojkotować albo że jest to nieszczęśliwa historia miłosna. Ile ludzi tyle interpretacji.

Gdy zaczęłam oglądać ten film, byłam całkowicie wobec niego obojętna, po prostu oglądałam z ciekawości, żeby zobaczyć jak oni to wszystko przedstawili. Przyznam się, że jestem zawiedziona, ale domyślałam się, że twórcy jednak nie pokażą aż tak mocnych scen seksu jakie były w książce. Czy to było porno? Nie! Podobne sceny, jak i nie bardziej brutalniejsze możemy obejrzeć w "normalnych" filmach i nikt się nie burzy. Tutaj jest ta różnica, że mamy pejcze, kajdanki i temu podobne akcesoria. Podejrzewam, że sporo osób, które poszły obejrzeć ten film spodziewało się czegoś ostrzejszego, bo przecież nigdy nie grano pornosów w kinie.

Film był dla mnie zrobiony jak typowa amerykańska historia miłosna z elementami erotyki. Nie było to nic za czym bym szalała, ale trochę byłam rozczarowana stwierdzeniami, że jest to film dla kobiet, które są niewyżyte. To chyba te kobiety są mało nie wyżyte, bo nic ciekawego nie pokazali.

Aktorzy też nie powalali. Osoba odgrywająca rolę Christiana od biedy może być, chociaż wyobrażałam go sobie zupełnie inaczej i już na pewno dużo wyższego. Gościu miał fajny głos, nawet trochę przystojny, ale dość zwyczajny, a przecież książkowy Christian był zniewalający. Za to Dakota Johnson, która grała Anastasie byłą TRAGICZNA! I to jest delikatne stwierdzenie. Jej głos był irytujący, była flegmatyczna, ciągle przygryzała tą swoją wargę (tak wiem, że tak było w książce, ale tam nie było to aż tak denerwujące) i patrząc na nią miałam wrażenie, że ona nie wie co robi na tym planie. Tak jakby przez przypadek tam trafiła. Poza tym rozczarowały mnie postacie przyjaciółki Anastasii, w książce była ona lepiej przedstawiona oraz brat Christiana. Nie wiem skąd oni go wytrzasnęli.

Kolejną kwestią jest podobieństwo do Zmierzchu. Szczerze mówiąc, gdy czytałam książkę kompletnie nie widziałam tych podobieństw, ale jak oglądałam film, to aż śmiałam się sama do siebie, bo co chwilę było coś zmierzchowego.

Skoro ciągle jeżdżę po tym filmie to co jest na plus? Soundtrack! Ścieżka dźwiękowa została fajnie skomponowana i jedynie przy piosence Love me like you do jestem rozczarowana. Co prawda nie lubię tej piosenki, bo koleżanka mnie nią męczy, a jej refren jest tak chwytliwy, że później przez resztę dnia nie chce wyjść ona z mojej głowy, ale tak została zmiksowana, że nawet ja przyznaję, że trochę jej było za mało. W końcu to piosenka, która promuje ten film.

Podsumowując. Gdybym miała wybrać co wolę książkę czy film, to zdecydowanie stawiam na film. Przy obu rzeczach się nudziłam, bo akcja (???) była dość wolna i dialogi drewniane, ale dało się wytrzymać. Nie jest to też jakaś wybitna ekranizacja książki, ale też nie jest najgorsza, widziałam gorsze i bardziej rozczarowujące. Nie będę wyczekiwać kolejnej części, ale pewnie i tak z ciekawości obejrzę i może to mnie bardziej zmotywuje po sięgnięcie po drugą część, która zalega na półce. Teraz jak o tym pomyśle, to zastanawiam się czy nie mam czasami jakiś masochistycznych zapędów, skoro chcę to czytać. No i może wyrobię się z przeczytaniem akurat na premierę. Liczę tylko na to, że twórcy nie wpadną na genialny pomysł podzielenia ostatniej części na dwie, bo tego to już by było za dużo.








4 komentarze:

  1. Książkę czytałam urywkowo, przyznaję, że z ciekawości, ale tak jak powiedziałaś, jest mierna - i widać to nawet po tych kilkunastu czy kilkudziesięciu stronach lektury. Szczerze mówiąc, sama mogłabym napisać lepszą książkę, z dużo bogatszym językiem, bo jak dla mnie jest za prosty - no, ale czego ja się czepiam skoro najważniejsza jest tutaj erotyka ;) Filmu nie oglądałam, ale obejrzę chociażby po to by się pośmiać. Byłam w kinie jak zapowiadali "50 twarzy Greya" i naprawdę mi się podobał zwiastun - do momentu pokazania tytułu, bo dobrze znałam sławę tej książki... Wgl nie rozumiem jakie pary chciałyby na to pójść w walentynki do kina, ale utrzymuję wersję, że pewnie był wielki nalot gimbusów to kin w całej Polsce ;) Więc... Z mojej strony szału nie ma, w zasadzie wszyscy w moim otoczeniu śmieją się z tego filmu XD A co do "Love me like you do" - masz rację! Piosenka straaasznie wpada w ucho i przypomina się w najgorszych momentach - np. podczas pisania wypracowania na lekcji polskiego -.- Tak czy siak, podoba mi się, ale większe wrażenie robi na mnie nowa wersja "Crazy in Love" Beyonce... Pozdrawiam
    Kusonoki Akane

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie-e, zdecydowanie jestem na nie!

    OdpowiedzUsuń
  3. Najlepsze i z filmu i z książki, to film stworzony do filmu. I tylko tyle. Czytanie Greya było moim błędem i do tej pory czasem tego żałuję. Filmu oglądać nie zamierzam. Zdrowsza będę

    Zapraszam do siebie,
    http://to-read-or-not-to-read.blog.onet.pl/

    OdpowiedzUsuń
  4. Przyznam się bez bicia, że książki nie czytałam, ale po obejrzeniu filmu nie mam zamiaru dalej zagłębiać się w ta historię. Masz rację, ze przypomina "Zmierzch", a gdy zaczęłam to zauważać miałam ochotę wyjść z sali ;p Mojej przyjaciółce bardzo sie podobało i myślę, że własnie takim mniej wymagającym widzom też mógł przypaść do gustu. Jak dla mnie żenada.
    Za to tak jak mówisz soundtrack mega! *.*

    OdpowiedzUsuń

Za wszystkie komentarze bardzo dziękuję.

Komentarze typu: "obs za obs", "kom za kom", "fajny blog. zapraszam do mnie" czy "wpadnij do mnie na konkurs" będą uznawane za spam, a co za tym idzie będą kasowane!